Trzeba pilnie coś zrobić…

„Dziennik” kontynuuje ciekawy cykl o problemach prasy drukowanej, atakowanej nie tylko przez telewizję, ale głównie przez internet. Dziś Jacek Żakowski z artykułem „Medialna kwadratura koła”. Oto fragmenty tekstu:

(…) Sytuacja zmieniła się zasadniczo, gdy w nasze życie na dobre wkroczył internet. Pojawienie się internetowego portalu sprawiło, że każdy, kto miał dostęp, mógł w dowolnej chwili mieć wgląd we wszystkie najnowsze informacje, a potem też w zawartość dowolnej gazety, zanim zobaczył ją w kiosku. Gazety istniały nadal jako pierwotne źródła informacji, wydawały na ich gromadzenie i opracowanie fortuny, ponosiły koszty druku i kolportażu, ale z punktu widzenia finalnego odbiorcy stawały się coraz mniej potrzebne. Dramat się pogłębił, gdy same gazety zaczęły swoją zawartość umieszczać w internecie. Zanim się na dobre zorientowały w skutkach, nakłady spadły gwałtownie, bo wielu czytelników nie widziało powodu, żeby się fatygować do kiosku. Zwłaszcza że obok portali pojawiły się blogi konkurujące z drukowanymi mediami nie tylko informacją, lecz także komentarzem. To wszystko dałoby się może wytrzymać z punktu widzenia prasy drukowanej, gdyby jej szefowie oraz właściciele wytrzymali presję i skoncentrowali wysiłki na tym, co stanowiło silną stronę gazet – czyli na kompetentnym doborze informacji i wiarygodności fachowych dziennikarzy, latami śledzących wybrane dziedziny. Dzięki temu czytelnik jakościowej gazety mógł mieć przekonanie, że jest poinformowany kompletnie i kompetentnie.
Internet to nie telewizja
Stając w obliczu zagrożeń internetowych, media drukowane miały jednak w pamięci skutecznie odparty atak telewizji. Prasa wygrała, raczej upodabniając się do nowego medium, niż przeciwstawiając mu swoje konkurencyjne przewagi. Odpowiedzią na atak ruchomych obrazków było zwiększenie ilości drukowanych obrazków. I jakoś się udało. Więc także w obliczu internetowego wyzwania media drukowane szukały swojej szansy raczej w upodobnieniu się do przeciwnika niż w poszukiwaniu różnicy. Uwierzyli, że ludzie nie chcą już być poinformowani, a wystarczy im, że są rozrywani. Prasa zaczęła więc stopniowo rozmiękczać informacje, zastępując to, czego ludziom trzeba do podejmowania życiowych decyzji, tym, co czytelników odrywa od trosk codzienności, czyli wszelką możliwą rozrywką częściowo podawaną w formie informacji. Ale za drugim razem ten numer nie przeszedł. Mający wybór między coraz gorszą informacją w odpłatnych papierowych gazetach i niewiele gorszą, a za to bezpłatną informacją źródeł internetowych czytelnicy masowo wybrali internet. Tak zaczęło się szybkie wymieranie homo politicusa zastępowanego przez homo ludensa.
Problem polega na tym, że demokracji rynkowej homo ludens nie wystarczy do życia. Po pierwsze dlatego, że człowiek niedoinformowany nie jest w stanie dokonywać sensownych wyborów politycznych, życiowych, rynkowych, a po drugie dlatego, że media rozrywkowe są z natury niezdolne do kompetentnego kontrolowania władzy. W systemie demokratycznym powstała więc wyrwa. I jest to wyrwa wyjątkowo trudna do usunięcia. Czwarta władza może bowiem pełnić swoją rolę tylko pod warunkiem, że jest niezależna od trzech pozostałych, a tylko one mogą jej przyjść z pomocą.
Ogólnoświatowa reanimacja
By uciec z tej śmiertelnej pułapki, demokracje zaczynają szukać całkiem nowych rozwiązań. Amerykanie konstruują mechanizm pozwalający finansować media jakościowe (zwłaszcza lokalne i regionalne) tak, jak się finansuje uniwersytety, czyli przez zmieszanie prywatnej ofiarności, środków wielkich fundacji i pieniędzy potężnych ekonomicznie uczelni oraz pomocy publicznej. Zapewne jeszcze w tym roku Kongres zacznie poważnie pracować nad takim projektem. Brytyjczycy już stworzyli publiczny (prowadzony przez BBC) najpotężniejszy na wyspach portal internetowy. Francuzi podtrzymują słabnące gazety, współfinansując z publicznych pieniędzy darmowe prenumeraty dla młodych czytelników. Hiszpanie przeprowadzili fundamentalną reformę swoich mediów publicznych, która ma je zachęcić do podwyższenia jakości i wymuszenia podobnej ewolucji w mediach komercyjnych. Liczą, że podniesienie jakości mediów elektronicznych wykreuje bardziej inteligentnego odbiorcę, zdolnego także do czytania gazet na papierze albo w internecie. Trudno powiedzieć, co z tych wysiłków na dłuższą metę wyniknie. Ale także w Polsce bez wątpienia trzeba pilnie coś w tej sprawie robić. (…)
*
Ba, tylko co? W „Powiatowej” codziennie zastanawiamy się, która z informacji powinna iść w wydaniu papierowym, a którą można dać do internetu, bo inni i tak ją będą mieć albo nie stanowi jakiegoś informacyjnego rarytasu, więc jej „nieświeżość” nie zaszkodzi wydaniu drukowanemu. Nie chcemy sami strzelać sobie w stopę. Jednak co dalej – też nie wiemy. Nie wierzę w to, by czytelnik lokalny (jednak biedniejszy od średniej) zechciał płacić za dostęp do lokalnego portalu. Jedyne wyjście to reklama – dla portali lokalnych to jednak słaba droga, bo z definicji nie mogą one liczyć na wielomilionowe wejścia, a tylko one dają jakieś pieniądze. Czasy, gdy można brać pieniądze za reklamę w internecie bez wykazywania ile osób i kto ją obejrzał, odchodzą w przeszłość. Stron i możliwości zaczyna być tak wiele, że nawet na lokalnych rynkach wkrótce zrobi się tłoczno. I co wtedy? Jak utrzymać redakcję? Jak tworzyć teksty, by wkrótce nie stać się kimś, kto tylko robi „wytnij” i „wklej”?

Napisane przez:

Zostaw komentarz

XHTML: Możesz użyc następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Strony

Szukaj

Nieco o stronie

Umieszczam tu zapiski redaktora naczelnego tygodnika powiatowego - na różne tematy, często związane z gazetą, ale niekoniecznie