Zjazdowo

Oławski ogólniak świętuje. Lecie szkoły, kolejny zjazd. Proposzono mnie, abym skreślił parę słów wspomnień do „Gazety zjazdowej”. Oto ten tekst:

Licealne pochodzenie

Stare slajdy przypominają, w jakich przedziwnych pochodach braliśmy udział – już się cieszę na kolejne spotkanie klasowe

Niedawno odnalazłem na strychu stare slajdy z lat 1980-84, czyli z czasów, gdy chodziłem do oławskiego ogólniaka.
Sporo tego. Wszystko na starej enerdowskiej taśmie ORWO, powkładane w kiepskie plastikowe ramki, mocno powyginane przez czas i temperaturę. Od dawna nie mam już rzutnika do slajdów, ale technika poszła tak do przodu, że postanowiłem stary zbiór zeskanować i przechowywać w wersji cyfrowej. Przy okazji okazało się, że współczesna technika potrafi cuda – stare, pożółkłe slajdy można teraz komputerowo podkręcić, że wyglądają prawie tak, jakby były wczoraj zrobione cyfrówką.
Wszystko na chwilę wróciło. Po kolejnym przejrzeniu fotek dochodzę jednak do wniosku, że „prawie” znów robi wielką różnicę. Nie. Wczoraj nie mógłbym zrobić takich slajdów, zwłaszcza tych, które jako pierwsze po obróbce trafiły na ekran komputera.

lo2

Obraz pierwszy

Na pierwszym jest ostatni pochód pierwszomajowy, w którym nasza klasa musiała brać udział (prawdopodobnie w ogóle ostatni oławski pochód z okazji Święta Pracy). Musiała formalnie, bo ostatecznie połowa uciekła. Nie udało się jedynie tym, którym profesor Stefan Kubica zdążył wcisnąć czerwone szturmówki. Nie mogli daleko odchodzić, bo musieli je zdać po pochodzie.
– Widzisz Basiu, bo pochodzenie jest ważne – mówił Kubica do mojej koleżanki NieBasi. – I po to są pochody. Tu pochodzisz, tam pochodzisz i będzie dobrze.
Mój obecny wspólnik, a wtedy wspólnik klasowy, czyli Boguś Szymański, nie za długo pochodził ze swoją szturmówką. Porzucił ją – to taki mały prywatny donos – pod Krawczyńskim na Brzeskiej (wtedy to też była lodziarnia). Ja miałem szczęście wykupić się od szturmówek. Aparatem. Robiłem dokumentację, czyli slajdy, więc zajmowałem się między innymi tym, co robię do tej pory. Zatrzymuję czas. Ale tylko na chwilę. Czworo nauczycieli z pierwszego szeregu pierwszego zdjęcia już nie żyje.
Przy okazji inne wspomnienie. W pierwszych miesiącach stanu wojennego Kubica zachęcał nas, by zapisywać się do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej: – Kto przyjdzie na zebranie, dostanie pączka i oranżadę.
Z naszej klasy nikt się nie zapisał.

lo3

Obraz drugi

Bardzo dziwne. To były lata bardzo dziwne. Z jednej strony euforia solidarnościowa, z drugiej stan wojenny i wszystko, co się z tym wiąże. A w takie ramy wrzuceni bardzo młodzi ludzie. Nie było komu przeprowadzać nas przez oszalały świat. Ale próbowano. Na różne sposoby, choć my wtedy byliśmy niemal zupełnie apolityczni, nieświadomi, niewinni. To drugie zdjęcie pokazuje naszą klasę na jakimś wiecu w Rynku. Dziś już nawet nie wiem, kto protestował przeciwko czemu – to mogło być w czasie wojny o Falklandy (1982) lub podczas amerykańskiej inwazji na Grenadę (1983). To drugie jest bardziej prawdopodobne. Chyba pamiętam nawet jeden z transparentów: „Ręcę precz od Grenady!”. Chyba – to świadczy, że nas ta sprawa nie dotyczyła. Nie zapamiętałem. Nie była tego warta. Nie wiedzieliśmy nic. Po prostu kazano przygotować transparenty, może nawet część gotowych ktoś rozdał. I protestowaliśmy. Ponieważ było to w czasie godzin lekcyjnych, wszyscy byli zadowoleni.
Najciekawsze, że przy okazji, mocno spóźnieni, włączyliśmy się w nurt… hippisowski. Otóż w naszej klasie generalnie kochano Beatlesów. Wymyśliłem więc, że skoro nie bardzo wiemy przeciwko komu każą nam protestować i dlaczego, na transparencie napiszemy tytuł jednej z piosenek Johna Lennona: „Give Peace a Chance”, czyli „Dajcie szansę pokojowi” – hippisowski hymn w obronie pokoju w ogóle. Tytuł poszedł w obu wersjach językowych.
Do tego dorzuciliśmy hippisowską „pacywę” i przedstawiliśmy nauczycielom. Jeden z nich chodził i chodził wokół transparentu. Czytał i czytał. Wreszcie machnął ręką. I poszliśmy. Niby protestować przeciwko inwazji, a faktycznie przeciwko wszelkim wojnom. Zapewne nie o to chodziło organizatorom wiecu, ale cóż, wyszło jak wyszło. Nie wiem, w jakiej sprawie, ale protestowałem. Tyle pamiętam. I zapewne nie jest to jakieś odosobnione wspomnienie tych dziwnych czasów.

lo1

Obraz trzeci

To zdjęcie rozpoczyna serię przecudnych fotek z parady naszej klasy ulicami Oławy. Nie wiem, który to rok, ale pamiętam, że na pewno wiosna. Pierwszy dzień wiosny. Postanowiliśmy go uczcić wyjątkowo – jako Tandeciarze. Nie pamiętam już, kto to wymyślił i dlaczego właśnie tak się nazwaliśmy, ale wiem, że nasza nieodżałowana wychowawczyni Bogusia Notz podchwyciła i tego dnia zamiast lekcji mieliśmy „pochód pierwszodniowiosenny”. Zupełnie inaczej niż na wcześniejszych zdjęciach. Tu widać totalny luz, absurdalne stroje i zabawę, która nie służyła nikomu poza nami. Machaliśmy do ludzi, śpiewaliśmy piosenki, żartowaliśmy, nawet graliśmy z profesorem Walukiewiczem „w butelkę”. Na parkowej polanie. Furorę robiła prawdziwa amerykańska maska, którą przyniósł Robert Huk (pierwszy z naszej klasy, który parę lat temu opuścił ją na zawsze). Ale to był jedyny gadżet wykonany profesjonalnie, bo w kraju nikt się wtedy nie bawił. Pozostałe elementy ubioru to były samoróbki, spontaniczne rękodzieło. Pamiętam, że miałem wtedy jasnozielone spodnie z jakiegoś całkiem sztucznego gładkiego materiału. Do dziś pamiętam minę profesora Pacholczyka, jak mnie w nich ujrzał. Wtedy chyba ostatecznie przestał wierzyć, że maturę z matematyki zdam na piątkę. A jednak! Zielone spodnie nie przeszkodziły.

Czwarty, piąty, szósty itd. Zatrzymuję się coraz dłużej przy tych obrazach, choć zrobienie każdego z nich zenitem wymagało zaledwie jednej sześćdziesiątej części sekundy. Te cztery licealne lata to niewyczerpana kraina naszych marzeń. Pierwszych przyjaźni, miłości, pierwszego wina, pierwszych prywatek, ale też pierwszych lekcji prawdziwego życia i prawdziwej odpowiedzialności. Akurat nasze lata trafiły na grząski czas. Piękny, bo jeszcze młody, beztroski, ale też niepewny, naznaczony przełomem, stanem wojennym i przyspieszoną edukacją polityczną, z której najpewniej niewiele wynieśliśmy.

Jerzy Kamiński
matura 1984

Napisane przez:

komentarze 4 do “Zjazdowo”

  1. 22-09-2010 o godz. 13:54, kaja pisze:

    fajny teks:)
    Prawdą jest, że człowiek lata szkolne i studenckie dobrze i ciepło wspomina dopiero w dorosłym życiu jak opuści mury szkoły czy uczelni:)
    Ja w tym liceum poznałam nie tylko wiele wspaniałych osób, ale również swojego męża, który siedział 2 ławki za mną:)
    Bardzo miło wspominam też panią Bożenkę Potocką z j. polskiego-wyjątkowa osoba, potrafiąca zaczarować wszystkich swoimi interpretacjami i opowieściami, fajny był też prof. z fizyki (nazwisko chyba Jasiukiewicz)u którego miałam poprawkę

  2. 22-09-2010 o godz. 14:04, admin pisze:

    Panią Bożenę Potoczny także bardzo miło wspominam, ale z Ośrodka Kultury, gdzie prowadziła teatr amatorski. Były kukiełki, pacynki, a nawet marionetka, którą razem z Kubą Cyganowskim wykonywaliśmy „prawdziwy” streaptease na scenie. A czy Jasiukiewicz to nie przypadkiem Walukiewicz? Taki był na pewno, ale bezskutecznie – bo jestem wyjątkowo oporny – próbował nauczyć mnie fizyki.
    JK

  3. 23-09-2010 o godz. 10:07, kaja pisze:

    prawda to był Pan Walunkiewicz:) jego lekcje zawsze były wesołe chociaż fizyki zbytnio nie lubiłam

  4. 23-09-2010 o godz. 10:35, admin pisze:

    A dokładniej Walukiewicz. Pozdrawiam
    JK

Zostaw komentarz

XHTML: Możesz użyc następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Strony

Szukaj

Nieco o stronie

Umieszczam tu zapiski redaktora naczelnego tygodnika powiatowego - na różne tematy, często związane z gazetą, ale niekoniecznie