W gościnie u Tadżyków (1)

Tadżykistan nie jest może najlepszym krajem na letni wypoczynek, bo daleko, wyjazd dość drogi, a infrastruktury turystycznej praktycznie nie ma, ale dla kogoś, kto ceni sobie odrobinę egzotyki, kontakt z przyjaznymi ludźmi i elementy przygody – w sam raz.  Mnie to kręci. Na dodatek potrafię zrozumieć nostalgię mieszkańców za minionym, czego żaden Amerykanin ani Niemiec nie jest w stanie udźwignąć. No, chyba że Niemiec z DDR, ale oni tam się raczej nie zapuszczają. Trochę zdjęć z tegorocznej wyprawy dałem do galerii na stronę główną portalu, ale dla czytelników bloga też mam parę smaczków.

A skoro o smakach mowa, coś o jedzeniu. Nie jest łatwo. Wszystkim powtarzam, że codziennie rano nifuroksazyd (jedna tabletka) i butelka coca-coli do popijania. Inaczej mogą być poważne problemy. Różnie sobie ludzie radzą, ale ten sposób na mnie działa, a przynajmniej poważnie osłabia i spowalnia wszelkie niedogodności. Coś jednak jeść trzeba. Ja wybieram zwykle płow (po naszemu „pilaw”), bo to podstawowe danie w tej części Azji. Co to jest i jak się to robi? Pewnie znajdziecie w internecie setki różnych przepisów. Ja pokażę, jak robią to Tadżycy.

 

Najpierw trzeba przygotować ryż, czyli oczyścić go, co właśnie robi ta dziewczynka. Jest ciemny, ale rośnie na miejscu, czyli w Tadżykistanie

Potem szykujemy kociołek, do którego wrzucamy kawałki baraniny, pokrojoną marchewkę i cebulę, oraz różne przyprawy. Po jakimś czasie dodajemy namoczony we wrzątku (co najmniej pół godziny) ryż. I gotujemy, a raczej dusimy to wszystko dość długo

Potem szykujemy kociołek, do którego wrzucamy kawałki baraniny, pokrojoną marchewkę i cebulę, oraz różne przyprawy. Po jakimś czasie dodajemy namoczony we wrzątku (co najmniej pół godziny) ryż. I gotujemy, a raczej dusimy to wszystko dość długo

W trakcie robienia płow wygląda tak

W trakcie robienia płow wygląda tak

A tu już płow na stole, w pełnej okazałości.  Do tego oczywiście lepioszka, zielona herbata i owoce. Co ciekawe, te białe i czarne "maliny" na talerzykach to morwa. Starci wiedzą, o czym piszę, bo i w Oławie kiedyś jadło się morwę, zresztą do dziś jest parę drzew z tymi owocami, także np. w Bystrzycy przed szkołą

A tu już płow na stole, w pełnej okazałości. Do tego oczywiście lepioszka, ciasto, sałatki, zielona herbata i owoce. Co ciekawe, te białe i czarne „maliny” na talerzykach to morwa. Starci wiedzą, o czym piszę, bo i w Oławie kiedyś jadło się morwę, zresztą do dziś jest parę drzew z tymi owocami, także np. w Bystrzycy przed szkołą

Żeby nie było tak prosto, tę potrawę je się ze wspólnej misy, najlepiej rękoma, co nie zawsze nam wychodziło.  Raczej nie wychodziło i ostatecznie gospodarze zlitowali się i dali nam (obok mnie Vadim Makarenko z "Wyborczej" i BIQdata.pl) łyżki.

Żeby nie było tak prosto, tę potrawę je się ze wspólnej misy, najlepiej rękoma, co nie zawsze nam wychodziło. Raczej nie wychodziło i ostatecznie gospodarze zlitowali się i dali nam (obok mnie Vadim Makarenko z „Wyborczej” i BIQdata.pl) łyżki.

Napisane przez:

komentarzy 5 do “W gościnie u Tadżyków (1)”

  1. 07-07-2015 o godz. 10:46, Mari pisze:

    Nie, no gościu, co mnie to obchodzi. Owszem, fotki ciekawe, ale pisz o Polsce, a nie o jakiejś Azji, gdzie i tak nie pojadę.

  2. 07-07-2015 o godz. 10:48, Ania pisze:

    Proszę o więcej zdjęć. Te na stronie piękne… Może kiedyś też tam pojadę… 🙂

  3. 08-07-2015 o godz. 08:17, wielbiciel z plaży pisze:

    A nowe zdjęcia burmistrza na FB widział? Te ustawiane na plaży, z żoną w ciemnej sukni? To jest dopiero Tadżykistan!

  4. 09-07-2015 o godz. 19:56, Karol Mendocha pisze:

    Ale ta potrawa raczej nie była w kociołku, a raczej w jakiejś patelni, położonej na kociołku. Kociołek służył raczej, jako palenisko.
    Widać dziurę wyciętą z boku.

    Jednym słowem kociołek potraktowali ogniem wewnątrz, widocznie nie znają węgierskiej kuchni i oraz polskich, sarmackich zwyczajów, gdy niejednokrotnie mocno zakręcony kociołek, rzucał się i wybuchał.
    Ci Tadżycy nie wiedzą, do czego służy kociołek.

    Na pewno kociołek nie jest przeznaczony na palenisko, po prostu szkoda kociołka.

    A przepis niezły, ale w kociołku zamkniętym, zakręcanym.
    Pamięta Pan, jakie przyprawy?

    Co do morw, jedwabniki żerujące na morwach wytwarzały jedwab, który przydawał się na spadochrony dla jednostek desantowych, poza tym duża ilość drzew morwy białej, jarzębiny oraz mirabelek to obok kamienic, urządzeń hydrologicznych na Odrze, znaki, że to były ziemie niemieckie i kuchnia niemiecka korzystała z tych niepopularnych owoców.

  5. 11-07-2015 o godz. 20:54, admin pisze:

    No tak, w temacie kociołka z panem Karolem nie wygram 🙂 Niestety przypraw nie pamiętam, ale oczywiście były to same zioła
    JK

Zostaw komentarz

XHTML: Możesz użyc następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Strony

Szukaj

Nieco o stronie

Umieszczam tu zapiski redaktora naczelnego tygodnika powiatowego - na różne tematy, często związane z gazetą, ale niekoniecznie